Cygańskie skrzypce Ravela i Dvořák jeszcze nie z Nowego Świata

Cygańskie skrzypce zagrały w rapsodii koncertowej Maurice’a Ravela Tzigan, a były to skrzypce Michała Marcola, koncertmistrza Orkiestry Symfonicznej Filharmonii Warmińsko-Mazurskiej im. F. Nowowiejskiego w Olsztynie. Orkiestrę poprowadził urodzony w Reykiaviku Gudni A. Emilsson.

W piątek, 25 stycznia 2019 r., na scenie Filharmonii Warmińsko-Mazurskiej gościły “Tragedia i szczęście”, dwa całkiem odmienne nastroje. Źródłem tak skrajnych emocji miały być cztery utwory: uwertura koncertowa Coriolan op. 62 Ludwiga van Beethovena,  poemat elegijny op. 12 Eugène’a Ysaÿe,  rapsodia koncertowa Tzigane na skrzypce i orkiestrę Maurice’a Ravela oraz VIII Symfonia G-dur op. 88 Antonína Dvořáka.

Mnie szczególnie urzekła cygańska muzyka Ravela. Cygańska nie tak dosłownie, ale dało się tam usłyszeć wyraźnie cygańskie, czy może raczej czardaszowe nuty. Tzigane to przede wszystkim popis solisty. Michał Marcol dał radę. Jego skrzypce też dawały z siebie wszystko. Stylistyczne odwołania do muzyki cygańskiej, a może raczej węgierskiej, były porywające i ogniste. Jak czytam w Przewodniku koncertowym PWM z 1965 r., Ravel był mistrzem muzycznego pastiszu,  po mistrzowsku “podrabiał” zasłyszane rytmy i style. Ponoć sam o sobie kiedyś powiedział, że gdyby napisał utwór w stylu arabskim, byłby on o wiele bardziej arabski niż tamtejsza rodzima muzyka. Miał do siebie dystans, to się chwali. Czy jego Tzigane była tak bardzo cygańska? Czy była podróbką? Na pewno nie. To nie kopia, raczej wariacja na temat.

Tzigane powstała w 1924 r., w pierwotnej wersji na skrzypce i fortepian, dla węgierskiej skrzypaczki Jelly d’Aranyi. Pisał dla niej też m.in. Béla Bartók. Ravel stworzył też kolejne wersje Tzigane. W Olsztynie zabrzmiała ta na skrzypce i orkiestrę. Niezwykle barwne i efektowne partie skrzypiec oprawione w dźwięki innych instrumentów, w tym bardzo efektownej harfy. Bardzo to było piękne. 

Spodobał się publiczności solista. Kilka razy wracał na scenę, aż dał się namówić na bis. I kolejny raz usłyszałam na bis Sarabandę Bacha. Poprzednio pisałam o niej, kiedy – też na bis – wykonał ją, w siedzibie NOSPR w Katowicach, Francuz Antoine Tamestit na swej wspaniałej altówce Stradivardiego. Tym razem był to nie tylko wirtuozerski popis. Michał Marcol zadedykował swój bis muzykowi – kontrabasiście Bartoszowi Bukowianowi (1982-2019), którego od niedawna nie ma już z Orkiestrą Symfoniczną Filharmonii Warmińsko-Mazurskiej.  

Ósma Dvořáka, czyli ostatni utwór tego wieczoru, nie jest może tak sławna jak jego kolejna, czyli IX Symfonia e-moll op. 95 „Z Nowego Świata”, ale też jest piękna. Słychać w niej słowiańskiego ducha. VIII Symfonia G-dur powstała w 1889 r., a wkrótce potem Dvořák wyjechał do Stanów Zjednoczonych, gdzie dostał posadę dyrektora Konserwatorium Nowojorskiego. W Nowym Świecie spędził trzy lata. Nie tak wiele, ale to właśnie tam powstała najczęściej wykonywana symfonia, ta która przyćmiła poprzedniczki. A szkoda, bo Ósma zasługuje na laury. Dvořák zbudował ją w sposób tradycyjny. VIII Symfonia składa się z czterech części i – jak to u tego kompozytora bywa – da się tam usłyszeć motywy ludowe. Charakterystyczny jest też motyw marszowy, w finale zachwyca solo na trąbkach, ale szczególnie pięknie brzmią wiolonczele. 

    

Antonin Dvořák, uważany za ojca narodowej muzyki czeskiej, pochodził z wielodzietnej rodziny wiejskiego rzeźnika-oberżysty. Gry na skrzypcach, altówce, fortepianie i organach  uczył go prowincjonalny nauczyciel. Potem przyszły kompozytor kształcił się w praskiej Szkole Organowej. Już jego pierwsze utwory: Rapsodie i Tańce słowiańskie były zauważone w środowisku. Z uznaniem wyrażał się o nich mi.in. J. Brahms. 

Dvořák jest uważany za kompozytora muzyki narodowej, bo bardzo się starał taką muzykę tworzyć. Robił to też oczywiście inny sławny Czech – Bedřich Smetana, ale ponoć to Dvořák miał lepsze wyczucie proporcji między “czeskością” i “światowością”. Dlatego dla muzyki czeskiej jest on tym, czym dla polskiej Moniuszko. Trzeba przyznać, że Anton Dvořák się nie lenił. Tylko w jego dorobku orkiestrowym mamy: 9 symfonii, 5 poematów symfonicznych, uwertury, serenady, rapsodie, wariacje symfoniczne i liczne koncerty.

Mówiąc o kompozytorze zawsze z największym uznaniem mówi się o symfoniach, bo to dzieła wymagające nie tylko talentu, ale i ogromnej pracy. Sam Dvořák wobec swoich symfonii był dość krytyczny. Pierwsze cztery zignorował. Uznał je za niegodne publikowania i numerem pierwszym opatrzył dopiero piątą z kolei. Stąd, robiąca do dziś sporo zamieszania, podwójna numeracja jego symfonii. Nawet ta najsłynniejsza “Z Nowego Świata” miewa czasem numer piąty, choć jak wiadomo jest Dziewiątą. I ostatnią symfonią Dvořáka. Mam nadzieję, że odwiedzając polskie filharmonie, będę miała okazję o niej napisać. Tym razem bohaterką była jednak symfonia Ósma. 

Chcąc dowiedzieć się więcej o tym co łączyło Dvořáka i Smetanę, kolejny raz zajrzałam do Erhardta. Otóż pisze on, że choć Dvořák był od Smetany o 17 lat młodszy, ten pierwszy szybciej i więcej komponował. Dvořák dość szybko miał zrozumieć, że nie ma wielkiego talentu wirtuozowskiego, dlatego nie zwlekał i szybko zabrał się do komponowania. W wieku, w którym Smetana zabierał się do tworzenia swego pierwszego poematu symfonicznego, Dvořák był już autorem m.in. pięciu symfonii, siedmiu kwartetów smyczkowych, czterech oper i licznych pieśni. Kiedy Smetana, z powodu postępującej głuchoty, wycofał się z życia publicznego, Dvořák dopiero zaczynał światową karierę.

Wsłuchując się we wprowadzenie do piątkowego koncertu w wykonaniu znawcy muzyki klasycznej Jana Popisa i rozmyślając o Dvořáku w drodze do domu, z zazdrością musiałam przyznać, że Czesi jednak lepiej wypadają w światowych rankingach kompozytorów niż liczniejsi jako naród Polacy. Dvořáka i Smetanę częściej da się usłyszeć na salonach niż polskich kompozytorów.

fot. Arkadiusz Korczin/Filharmonia Warmińsko-Mazurska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *