Debussy na głosy solo, narratora, chór i orkiestrę

Męczeństwo św. Sebastiana Claude’a Debussy’ego to dzieło wyjątkowe. Opowieść w sam raz na oratorium, a historia jego powstania jest podszyta skandalem. To dzieło poetyckie i mistyczne, chrześcijańskie i pogańskie jednocześnie. Niełatwe w odbiorze. Są tu partie solowe, chóralne, czysto instrumentalne oraz narrator, który prowadzi nas przez historię męczeństwa św. Sebastiana – rzymskiego łucznika, który przywiązany nago do drzewa wawrzynowego ginie od strzał, bo nie chce się wyprzeć Boga.

Na scenie Filharmonii Narodowej wykonania Męczeństwa św. Sebastiana podjął się olbrzymi zespół. Ta obszerna partytura jest bowiem przeznaczona na sopran, dwa mezzosoprany, recytatora, chór i orkiestrę z poczwórną obsadą instrumentów dętych drewnianych, sześcioma waltorniami, tubą i trzema harfami. Tego wymaga dzieło Debussy’ego z 1911 r. Orkiestrze Filharmonii Narodowej, pod dyrekcją Jacka Kasprzyka, towarzyszył Chór Filharmonii Narodowej i soliści – Lauryna Bendžiūnaitė (sopran) oraz Sophie Marilley i Agata Schmidt (mezzosporany). Głosem recytującym była Barbara Wysocka, aktorka Teatru Powszechnego w Warszawie. 

Historia powstania Męczeństwa jest owiana skandalem, ale przede wszystkim to historia niecodzienna. Zaczęło się od tego, że – jak pisze Ludwik Erhardt – włoski poeta i dramatopisarz Gabriele d’Annunzio, postanowił wcielić w życie plan opisania historii męczeństwa św. Sebastiana. Warto dodać, że we Włoszech silny jest kult tego świętego. O jego śmierci wiadomo jednak niewiele. Przekazy z IV wieku mówią jedynie, że był dowódcą łuczników w straży przybocznej cesarza Dioklecjana, który wsławił się bezlitosnym zwalczaniem chrześcijaństwa. Sebastian był chrześcijaninem i starał się bronić współwyznawców. Za to spotkała go śmierć. Był też ponoć kochankiem Dioklecjana, ale to nie oszczędziło mu życia.

Gabriele d’Annunzio zabrał się do dzieła o świętym Sebastianie, kiedy odkrył swą muzę. W 1909 roku w Paryżu ujrzał na scenie Idę Rubinstein. Ta młoda, ale już niezależna tancerka występowała wówczas w przedstawieniach Ballets Russes Sergiusza Diagilewa jako Kleopatra i Szeherezada. Była niezależna, bo mogła sobie na to pozwolić. Jak czytam w Przewodniku koncertowym PWM, Ida Rubinstein, jak na tancerkę, była bardzo zamożna. Tak zamożna, że zapragnęła zamówić dzieło wyłącznie dla siebie. Tancerka, która zamawia kompozytora by pisał dla niej. 

Tak się złożyło, że wpadła w oko włoskiemu poecie, a ten potrafił spełnić jej oczekiwania, czyli ująć w słowa “mistyczne ekstazy i teatralne fantazje”. O tym właśnie marzyła Ida Rubinstein. Same słowa to jednak dla tancerki za mało. Do uduchowionego i wyrafinowanego tekstu d’Annunzio, zamówiła muzykę u Claude’a Debussy’ego. Czemu nie? Debussy zamówienie przyjął widząc szansę na stworzenie czegoś, co odbiega od kanonu sceny operowej.

Męczeństwo św. Sebastiana operą nie jest. Koncepcja kompozytorska Debussy’ego od początku odbiegała od możliwości sceny teatralnej, była bliższa formie oratorium. To właśnie do oratorium najbardziej jest podobne to dzieło. Debussy tak bardzo chciał być oryginalny, że początkowo Męczeństwo wydawało się niewykonalne. Zbyt obszerne i skomplikowane jak na możliwości teatru, zbyt poetyckie i “przegadane” z kolei jak na dzieło koncertowe. Dużo tu partii czytanych, które prowadzi narrator. Z tych zapewne powodów nie jest to utwór popularny, choć niewątpliwie bardzo oryginalny. Warto wiedzieć, że Chór Filharmonii Narodowej wykonał Męczeństwo św. Sebastiana w 2012 r. z Sinfonią Varsovią.

Wróćmy jednak do wspomnianego na początku skandalu. Wiąże się on, jak łatwo się domyślić, z postacią Idy Rubinstein. Zachwyciła ona włoskiego poetę, choć nie do końca wiadomo – talentem, czy bardziej urodą. Piękna była niewątpliwie, ale tancerka miała być z niej przeciętna. Ludwik Erhardt wspomina ją jako kobietę o talencie aktorskim i pantomimicznym, inteligentną i ambitną. Na wiele mogła sobie pozwolić. Jej ogromny majątek pochodził od przodków – przemysłowców i bankierów z Charkowa i Petersburga.

Gabriele d’Annunzio  dla urodziwej tancerki stracił głowę. Tak dalece, że postanowił obsadzić ją w roli św. Sebastiana. Dzięki znajomościom Idy Rubinstein zyskał do realizacji swej artystycznej wizji najwybitniejszych artystów rosyjskich baletów – scenografa Leona Baksta i choreografa Michaiła Fokina. W jego wizji Męczeństwo św. Sebastiana miało być przecież dziełem scenicznym. Muzyka Debussy’ego miała z kolei tworzyć klimat. Była ważna, ale w sumie stanowiła zaledwie jedną piątą blisko pięciogodzinnego spektaklu.

Męczeństwo św. Sebastiana pierwotnie składało się z pięciu aktów. Trzeba przyznać, że d’Annunzio pisząc swe misterium, nie dbał zbytnio o chrześcijańskie symbole. Manipulował nimi dowolnie, co nie mogło przejść bez echa. Kiedy już gotowa była muzyka i ruszyły próby sceniczne, wybuchł wspomniany skandal. Na tydzień przed premierą arcybiskup Paryża zagroził ekskomuniką każdemu kto odważy się oglądać niepoprawne widowisko. Niepoprawne nie tylko ze względu na nieścisłości w odwoływaniu się do ewangelii i psalmów. Trzeba pamiętać, że postać chrześcijańskiego męczennika odtwarzała kobieta. Nie dość, że półnaga na scenie, to jeszcze Żydówka. Tego hierarchom było za wiele. Po dziesięciu zaledwie przedstawieniach, spektakl zdjęto z afisza.

Rok po skandalu ze sceniczną wersją Męczeństwa św. Sebastiana Claude Debussy ze swej partytury sporządził czteroczęściową suitę Fragments symphoniques. W tej postaci można czasem spotkać ten utwór w salach koncertowych. Jego wykonanie to już nie pięciogodzinny spektakl, ale misterium w 5 aktach, które trwa nie więcej niż półtorej godziny. Nie zdarza się często, dlatego tym bardziej warto docenić wykonanie Filharmonii Narodowej.

____________________________________________________

zdjęcia: DG Art Projects

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *