Eroica, heroiczna symfonia Beethovena

O symfonii, jaką Beethoven skomponował dla Napoleona, a potem – oburzony jego megalomanią – zmienił dedykację, już pisałam. Co innego usłyszeć to słynne dzieło w sali koncertowej. III Symfonia Es-dur “Eroica” op. 55 jest zaliczana do wielkich symfonii Ludwiga van Beethovena. Jest wielka. W Sali Głównej Narodowego Forum Muzyki wykonała ją dzisiaj Wrocławska Orkiestra Barokowa pod dyrekcją Jarosława Thiela.

Historia powstania symfonii “Eroica” jest fascynująca, ale nie lubię się powtarzać, dlatego odsyłam do mojego wcześniejszego wpisu. Beethoven – miłość do Napoleona i owoc tej miłości Chciałabym jednak poświęcić parę słów drugiemu utworowi Ludwiga van Beethovena, który zabrzmiał dzisiaj w NFM. To Koncert potrójny C-dur na skrzypce, wiolonczelę i fortepian op.56. W roli solistów: Daniel Sepec – skrzypce, Roel Dieltiens – wiolonczela i Andreas Staier – fortepian historyczny. Za pulpitem dyrygenckim – Jarosław Thiel. 

Koncert potrójny to nie jest wielce skomplikowane dzieło. Słucha się go przyjemnie i chyba w takim celu LvB pochylił się nad pięciolinią. Powszechnie się uważa, że Beethoven napisał ten koncert dla swego ucznia, młodego arcyksięcia Rudolfa. To nie mogło być wielkie wyzwanie. Nastoletni książę nie był wszak wirtuozem, a Mistrzowi nie wypadało kompromitować ucznia, który pewnie sowicie płacił za lekcje. Partia fortepianu jest więc stosunkowo łatwa i podporządkowuje się instrumentom smyczkowym. Pisał to geniusz, więc dla laika, utwór – mimo wszystko – brzmi wspaniale. Wpada w ucho, można powiedzieć. 

W czasach Beethovena, krytycy nie byli jednak zbyt łaskawi. Koncert potrójny wydał im się banalny, dlatego długo czekał na wydawcę. Ostatecznie pierwsze publiczne wykonanie należało do samego Beethovena. Dzisiaj byłoby to wydarzenie na skalę światową, wtedy – dokładnie w 1808 r. – Mistrz wykonał swój koncert niejako z konieczności. Takie to były czasy. 

Wyjątkowe jest to, że utwór został napisany na trzy instrumenty solowe. Nie jest to concerto grosso, gdzie soliści tworzą zespół. To utwór na trzy instrumenty solowe (skrzypce, wiolonczelę i fortepian). To, że w tytule podawane są w takiej właśnie kolejności, pokazuje, że skrzypce grają tu pierwsze skrzypce. Fortepian może się puszyć do woli, co zwykł robić w koncertach solowych, ale tu się nie popisze. Partie popisowe należą do skrzypiec, a – moim skromnym zdaniem – tak naprawdę do wiolonczeli. Wiolonczela jest tu wspaniała. To jej powierzono w tym utworze wszystkie solowe ekspozycje. To Ona rozpoczyna swoim wejściem każdą część koncertu.

Wspaniale zabrzmiała dziś wiolonczela Roela Dieltiensa. To artysta oryginalny, nie boi się odważnych interpretacji. Tak było i teraz. Jego solowe partie były żywiołowe i niekonwencjonalne. Ja słyszałam głównie wiolonczelę. Wiolonczeli pozwoliło się zdominować me niewprawne ucho. Było to niezwykle przyjemne doznanie.   

 

________________________________________________________________

zdjęcia: Joanna Stoga/Archiwum NFM

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *