Filharmonia jak góra lodowa

Górą lodową w środku miasta nazywają swoją filharmonię mieszkańcy Szczecina. Istotnie gmach Filharmonii im. Mieczysława Karłowicza górę lodową przypomina. Wyłania się majestatycznie z panoramy miasta. W historyczną zabudowę wkomponowano budynek nowoczesny, strzelisty, zwalisty i ażurowy zarazem.  

Zbudowany w ostatnich latach gmach filharmonii zaprojektowali hiszpańscy architekci ze studia Barozzi Veiga z Barcelony. Zebrali za to wiele nagród i trudno się dziwić, bo szczecińska filharmonia robi wrażenie. Wspomnę tylko o jednej nagrodzie, bo była naprawdę głośna. W 2015 roku Filharmonia im. Mieczysława Karłowicza w Szczecinie zdobyła prestiżową nagrodę Unii Europejskiej w Dziedzinie współczesnej architektury – Mies van der Rohe Award 2015.

Dominuje biel, ale nie w sali symfonicznej, która jest cała złota. Jest wspaniała – wizualnie i akustycznie. Przez to, że jest złota, zyskała miano Sali Słonecznej. Nie jest tak duża jak się spodziewałam, ale i tak zajmuje miejsce tuż za podium. Są tu miejsca dla 953 osób, co oznacza, że jest czwartą co do wielkości salą koncertową w Polsce. Długo nie będzie się cieszyć tą pozycją, bo konkurencja nie śpi. Rusza przecież budowa nowej siedziby orkiestry Sinfonia Varsovia i ma to być gigant. Niech będzie. Nareszcie!

Wracając do Szczecina, góra lodowa mieści dwie sale koncertowe. Jest jeszcze sala kameralna, nazywana księżycową. No i jest świetna orkiestra, którą kieruje człowiek-orkiestra. Dyrektorem artystycznym i pierwszym dyrygentem jest pochodzący z Norwegii Rune Bergmann. Nie tylko dyrygent. To multiinstrumentalista – gra na trąbce, fortepianie, altówce i skrzypcach. Jego wielką miłością jest jazz. Za pulpitem jest niezwykle żywiołowy i charyzmatyczny, od razu zjednuje publiczność.

Orkiestra Symfoniczna Filharmonii w Szczecinie istnieje od 1948 roku. Nie znaczy to oczywiście, że wcześniej była tu muzyczna pustynia, ale to już inna historia. Historia Szczecina. Zespół liczy ponad dziewięćdziesięciu muzyków. Szkoda, że koncertów symfonicznych nie ma aż tak wiele. Takie czasy, że filharmonicy wykonują nie tylko repertuar klasyczny. Trochę tak było dzisiaj, choć nie do końca. 

Bohaterem wieczoru była muzyka filmowa (film-harmony). Usłyszeliśmy kompozycje Johna Williamsa – jednego z najbardziej znanych hollywoodzkich kompozytorów filmowych, pupila Oliviera Stone’a i Stevena Spielberga. Był też Richard Wagner, dla którego Hollywood mogłoby przecież nie istnieć. Tylko czy Hollywood poradziłoby sobie bez Wagnera? Pewnie tak, choć nie da się ukryć, że pojawia się on w filmach, by wzmocnić wymowę kluczowych scen. Oj, wzmacnia. Wagner to specjalista od mocnych wrażeń. Tym razem były to fragmenty z dramatu muzycznego Tristan i Izolda oraz uwertura do Tannhausera. Wagner, jak to Wagner. Głośno i mocno, dużo blachy. Dla mnie ten wieczór należał do Johna Williamsa. Refleksyjnie i pięknie, choć bardzo, bardzo smutno.

Zaczęło się jednak od kompozycji Samuela Barbera (1910-1981). Jego Adagio na smyczki jest częścią kultury popularnej. Pojawia się w ponad dziesięciu filmach, a najbardziej wymownie chyba w “Plutonie” Oliviera Stone’a z 1986 r. Adagio powstało w 1936 r. jako część Kwartetu smyczkowego op. 11. Młody wówczas Barber przesłał je słynnemu i niezwykle wpływowemu dyrygentowi włoskiemu Arturowi Toscaniniemu. Dzieło zyskało niebywałą popularność. Pełne patosu, a jak mówią złośliwi – symfoniczny wyciskacz łez. Dla mnie utwór ten ma wyjątkowe znaczenie, bo dzięki niemu pierwszy raz świadomie poszłam do filharmonii. Wyciskacz łez podziałał. Wiem, że działa na wielu.

Spośród licznych kompozycji Johna Williamsa (ur. 1932), szczecińscy filharmonicy wybrali m.in. muzykę do filmu z 1989 r. “Urodzony 4 lipca”, oczywiście Oliviera Stone’a, gdzie wspaniale wybrzmiało solo trąbki w wykonaniu Marcina Olkowskiego. Naprawdę poruszająca ta trąbka, a w tle smyczki. To naprawdę działa. Można zamknąć oczy i widzi się sceny z filmu. Wietnam i rozterki żołnierza, który coraz mniej wierzy w sens wszystkiego. A wierzył… Pomyślałam, że nie bez powodu tak dobrze trąbki brzmią na wojskowych pogrzebach. 

Kolejna muzyka filmowa i kolejne tragiczne brzmienia stworzone przez Johna Williamsa. Tym razem były to trzy utwory z “Listy Schindlera” Stevena Spielberga  z 1994 r. Każdy kto widział ten film zapewne pamięta przejmujące do bólu solo skrzypcowe. W oryginalnej ścieżce dźwiękowej wykonywał je wybitny skrzypek Itzhak Perlman. W szczecińskiej filharmonii jako solistka wystąpiła młoda, ale już utytułowana skrzypaczka Maya Levy. 

Usłyszeliśmy trzy kompozycje ze ścieżki dźwiękowej  “Listy Schindlera” na skrzypce i orkiestrę: Jewish Town, Remembrances oraz Theme. Najbardziej wbija w fotel temat główny. Przewija się w filmie sprawiając, że słowa stają się zbędne. Piękny i okrutny w swej wymowie. A potem słyszymy Remebrances, tragiczną żydowską kołysankę. I jest jeszcze smutniej…

 


fot.: Filharmonia w Szczecinie/Filip Kacalski, Radek Kurzaj, Bartek Barczyk, Sebastian Wołosz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *