Piąta, która mogła być Czwartą

Niewiele brakowało, a V Symfonia c-moll op. 67 Ludwiga van Beethovena byłaby Czwartą. Nie dałoby się wtedy powiedzieć, że nieparzyste symfonie Beethovena są bardziej udane od tych parzystych. Bo Piąta jest udana bardzo. Udana to mało powiedziane. To kamień milowy w historii muzyki, symfonia rewolucyjna, pierwsza symfonia romantyczna, pożegnanie Beethovena z Haydnem (choć nie do końca). Długo by tak można, a poza tym wszystko to zostało już tysiące razy powiedziane i napisane.

Beethoven zaczął szkicować Piątą już w 1804 roku, zaraz po Eroice. W międzyczasie dostał jednak zamówienie na napisanie symfonii, z tego przecież żył. Uznał, że dzieło które już mu się rysowało w głowie, nie jest na zamówienie, że nie można go wykonać tak po prostu, bo klient sobie życzy. Odłożył więc prace nad Piątą i napisał Czwartą oraz kilka innych drobniejszych utworów. Do Piątej wrócił i ukończył ją dopiero w 1808 roku. Co ciekawe, jej prawykonanie przeszło bez echa. Doszło do niego podczas koncertu w Wiedniu, 22 grudnia 1808 roku, na którym prawykonań było więcej. Tego samego wieczoru swą premierę miała m.in. VI Symfonia Beethovena, zwana Pastoralną. Piąta dopiero po kolejnych wykonaniach została okrzyknięta dziełem geniusza.    

Jest to utwór genialny. O początkowym motywie, który słyszał chyba każdy (jest wykorzystywany nawet w dzwonkach telefonów), Beethoven miał swemu sekretarzowi i biografowi, Antonowi Schindlerowi, powiedzieć: “Tak los puka do drzwi”. A jak puka? Trzy krótkie i jedno długie pukanie. Ten czteronutowy motyw brzmi tak złowieszczo, że to naprawdę może być Los! Motyw losu sprawił, że V Symfonia Ludwiga van Beethovena jest nazywana Symfonią Losu. Beethoven mógł mieć z Losem na pieńku. Zmagał się już wówczas z postępującą głuchotą. Trudno sobie wyobrazić większe przekleństwo i większą ironię losu…

   

V Symfonia była jednym z utworów jakie, w ramach 23. Wielkanocnego Festiwalu Ludwiga van Beethovena, wykonała Helsinki Philharmonic Orchestra, pod dyrekcją uznanej dyrygentki Susanny Mälkki. Zespół ten został założony w 1882 r. jako pierwsza profesjonalna orkiestra symfoniczna w krajach skandynawskich. Co ciekawe, w latach 1892-1923 orkiestra prawykonała prawie wszystkie dzieła symfoniczne fińskiego kompozytora Jeana Sibeliusa (1865-1957) pod jego batutą.

Sibeliusa nie mogło zabraknąć podczas dzisiejszego koncertu. Taki akcent narodowy. W sali koncertowej NOSPR w Katowicach wysłuchaliśmy poematu symfonicznego En Saga op. 9. Ten utwór otworzył Sibeliusowi drzwi na europejskie salony. w 1904 r. kompozytor został zaproszony do Berlina i tak świat o nim usłyszał. Helsinki Philharmonic Orchestra, z tym samym programem, jutro wystąpi w Filharmonii Narodowej w Warszawie.

Trzecim utworem, jaki wykonali helsińscy filharmonicy, był Koncert skrzypcowy D-dur op. 35 Piotra Czajkowskiego. Solista, fiński skrzypek Pekka Kuusisto, grał na włoskim instrumencie zbudowanym ok. 1738 roku przez Francesco Stradivariego (nie mylić z żyjącym sto lat wcześniej Antonio Stradivarim, czyli słynnym Stradivariusem).  

Historia Koncertu skrzypcowego D-dur Piotra Czajkowskiego jest bardzo interesująca, pachnie nawet skandalem. Można powiedzieć, że autor został przez recenzentów “zbity na kwaśne jabłko”. Tak naprawdę, to słynny wówczas wiedeński krytyk, Eduard Hanslick, recenzując najnowsze dzieło Czajkowskiego miał napisać, że kompozytor zbił na kwaśne jabłko skrzypce.

Oj, dostało się Czajkowskiemu. Koncert D-dur miał początkowo opinię partytury niewykonalnej. Nie bez powodu. Najpierw prawykonania utworu odmówił Czajkowskiemu Josif Kotek, który był inspiracją podczas pisania tego koncertu. Drugim wyborem Czajkowskiego był Leopold Auer, który też odmówił, tłumacząc, że koncert przerasta możliwości skrzypiec. W końcu znalazł się straceniec, który się podjął prawykonania. Adolph Brodsky pierwszy zagrał Koncert skrzypcowy D-dur, a stało się to w 1881 r. w Wiedniu. Wtedy dopiero się zaczęło…

Wspomniany już krytyk, Eduard Hanslick, o dziele Czajkowskiego miał napisać m.in.,  że jego koncert jest jak “brutalna i smutna wesołość jakiegoś rosyjskiego jarmarku z okazji święta poświęcenia cerkwi”. Na okrutnych porównaniach nie poprzestał. Napisał, że koncert Czajkowskiego jest jednym z tych utworów, które “śmierdzą uszom”. Trudno sobie wyobrazić większą zniewagę dla kompozytora. Na pociechę niech pozostanie fakt, że o Piotrze Czajkowskim dzieci się uczą w szkole, a Eduard Hanslick z niczym się zapewne i dzieciom i dorosłym dziś nie kojarzy.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *